Koniec wakacji to dla mnie również koniec dotychczasowego życia. W październiku zostanę mamą. Postanowiłam poświęcić ten wpis przemyśleniom o tym, z czym to się wiązało dla mnie na drugim roku studiów licencjackich. Wierzę, że mogą okazać się one przydatne dla innych, mimo ich indywidualnego charakteru.


Nie jest to instrukcja przetrwania w akademickiej rzeczywistości, ani też kompletny zapis przeżyć podczas oczekiwania na dziecko. To suma wybranych doświadczeń, które uznałam za zaskakujące i warte wspomnienia o nich.

Zapraszam do lektury nie tylko rodziców-studentów. Sądzę, że również dla innych treść może okazać się ciekawa albo wartościowa.



Na początku był problem

O tym, że będę mamą, dowiedziałam się na drugim roku studiów stacjonarnych, po zimowej sesji egzaminacyjnej. Początkowo nie wtajemniczałam w sytuację ani znajomych, ani tym bardziej wykładowców. Zamierzałam podejść w terminie do testów i od października wziąć urlop dziekański.

Szybko jednak odczułam, że początkowy etap ciąży nie bez powodu cieszy się złą sławą wśród kobiet. Zaczęły się osłabienia, napady żarłoczności w różnych porach dnia i nocy, wymioty. Film odpalony na rzutniku, mieszanka dźwięków i światła, a nawet głośniejszy krzyk wystarczyły, by zrobiło mi się niedobrze. Siadanie podczas wykładów blisko drzwi, by w razie czego uciec i skupienie na zachowaniu pozorów sprawiały, że nie pamiętałam niczego z zaprezentowanego materiału. Półtora godziny spędzone w sali było czasem zmarnowanym.

Zdrowie zaczęło być dla mnie ważniejsze niż pojawianie się na uczelni. Postanowiłam spytać prodziekana do spraw studenckich o możliwość zwolnienia z części ćwiczeń. To on uświadomił mi, że według ustawy mam to zagwarantowane. Wystarczy zaświadczenie od ginekologa, by przyszła mama otrzymała IOS-a (indywidualną organizację studiów).

Studentce w ciąży i studentowi będącemu rodzicem nie można odmówić zgody na: odbywanie studiów na określonym kierunku i poziomie według indywidualnej organizacji studiów do czasu ich ukończenia oraz urlopu – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, art. 85, ust. 2,3 i 4

Innymi słowy, ciężarna studentka może:

  • zostać zwolniona ze wszystkich zajęć (również ćwiczeniowych) przez cały czas trwania ciąży i podejść jedynie do egzaminów oraz zaliczeń
  • otrzymać urlop do dnia urodzenia dziecka – jeżeli ten dzień wypada w trakcie semestru, urlop jest przedłużany do jego końca.

Nie jestem pewna, czy na wszystkich uczelniach obowiązuje absolutne zwolnienie z zajęć ćwiczeniowych – w internecie można znaleźć różne informacje na ten temat.

Z kolei tata-student może:

  • również otrzymać indywidualną organizację do końca studiów, na tych samych zasadach, co mama (ale dopiero po urodzeniu się dziecka)
  • otrzymać urlop na okres 1 roku po urodzeniu się dziecka – pod warunkiem, że złoży wniosek w okresie roku od dnia urodzenia dziecka.

Swoją drogą… Zastanawia mnie, dlaczego mama-studentka nie może otrzymać – tak jak tata – dodatkowego roku na opiekę nad dzieckiem. Rozumiem, że nie wolno brać urlopu dwa razy i przeciągać studiowania w nieskończoność, lecz taki zapis w artykule sugeruje, że rodzice powinni się wymienić. Nie wydaje mi się to zbyt logiczne, ale OK. Podejrzewam, że trudno o rozwiązanie, które nie dyskryminowałoby żadnego z rodziców i jednocześnie miało większy sens.

Oczywiście, będąc mamą można również złożyć wniosek o indywidualną organizację studiów niezależnie od zapisu w ustawie. Raczej nie powinno być problemu z jego otrzymaniem.

Warto również wiedzieć, że w trakcie urlopu studentka-mama może pobierać stypendium socjalne. W żadnym innym przypadku podczas „dziekanki” – poza przypadkiem urodzenia się dziecka – nie jest to możliwe. Wydaje mi się, że to obowiązuje na każdej uczelni (a przynajmniej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Szczecińskim). Podobno studiujący rodzice mają też zagwarantowany osobny pokój w akademiku dla siebie i dla dziecka.



Drugi trymestr, drugi kłopot

Chociaż byłam zwolniona ze wszystkich zajęć, nadal chodziłam na wybrane z nich, żeby nie mieć wielkich zaległości. Przynajmniej do czasu, aż zaczął się kwiecień i silne bóle głowy o nieznanej przyczynie. Każdy lekarz je bagatelizował. Tak, to charakterystyczne dla ciąży, zwłaszcza na jej początkowym etapie – niemal każda dolegliwość jest traktowana przez specjalistów machnięciem ręki, bo dziecko to takie obciążenie dla organizmu, że wszystko jest możliwe, w końcu przejdzie, a jak nie przejdzie, to po porodzie na pewno… Najgorsze jest to, że nie można brać prawie żadnych leków przeciwbólowych poza paracetamolem.

Przez stany chorobowe wzięłam urlop w połowie roku akademickiego. Otrzymałam ocenę z części przedmiotów, a resztę przełożyłam na kolejny rok.

Kiedy dolegliwości zmniejszyły się w połowie trzeciego trymestru, chciałam podejść do różnych testów przed narodzinami dziecka, ale koniec końców zrezygnowałam. Wiem, że są kobiety, które nawet w zaawansowanej ciąży mają mnóstwo energii i pracują. Ja się do nich nie wliczam. Zdecydowałam, że spędzę ten pozostały czas na spokojnie… i poniosę tego konsekwencje. W lutym, gdy mój syn będzie miał niespełna pół roku, czeka mnie nawał zaległej pracy w postaci egzaminów.

Część przedmiotów z drugiego semestru udało mi się zaliczyć zdalnie, poprzez robienie projektów albo odpracowanie nieobecności w formie pisemnych zadań. Spotkałam się z dużym zrozumieniem ze strony wykładowców. Jeden prowadzący pocieszał mnie nawet, że jego dziecko też przyszło na świat, kiedy był studentem i żebym się nie martwiła, bo wszystko da się ogarnąć. 😉 Optymistyczne. Pod względem postawy wobec osób uczących się UAM i mój wydział (Nauk Politycznych i Dziennikarstwa) od początku robi na mnie pozytywne wrażenie. Z opowieści znajomych wiem, że nie na każdej uczelni to tak wygląda, dlatego doceniam postawę pracowników akademickich.


Fenomen OLX-a i inne osobliwe doświadczenia

OLX to kopalnia skarbów dla przyszłych rodziców. Przekonałam się o tym, kiedy zaczęłam wynajdywać oferty od użytkowników pozbywających się za darmo nierozpakowanych pieluch, zabawek, ubranek, a nawet kołysek, łóżeczek i wózków w dobrym stanie. W ten sposób nabyliśmy z chłopakiem solidne, niemal nowe krzesełko ze stolikiem dla malucha, paczki z pampersami, body i wielkie drewniane łóżeczko z materacem.

Rozumiem osoby, które zwlekają z decyzją o dziecku ze względu na koszty. Wyprawkę można częściowo skompletować, przyjmując prezenty od rodziców z dłuższym „stażem”, którzy już nie potrzebują konkretnych rzeczy, ale nawet ciąża jest „droga”. Zwłaszcza jeżeli ktoś leczy się prywatnie. Gdyby nie wsparcie Mamy i Taty, byłoby mi trudno. Mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie im się odwdzięczyć za pomoc finansową (nie wspominając o emocjonalnej). Cena co miesięcznych wizyt, co najmniej trzech badań prenatalnych, badań krwi i moczu średnio raz na miesiąc lub dwa – to sumarycznie spory wydatek. Do tego dochodzi kupno leków, akcesoriów, porządnego wózka (inwestycja na lata, do której warto się przyłożyć), rzeczy dla małego dziecka i matki, rzeczy do pokoju dziecięcego itd.

Gromadzenie różnych przedmiotów pomogło mi pośrednio przyzwyczaić się do nowej roli. Odnosiłam wrażenie, że brakuje pośród nich tylko jego – małego człowieka, którego mogłabym otulić kocykiem, ubrać w miniaturowe ubranie, dać zabawkę do rączki. To pozwoliło mi oswoić się z wizją wykonywania różnych czynności przy dziecku.

Dobrym pomysłem okazało się również uczęszczanie na szpitalne zajęcia szkoły rodzenia. Myślę, że zwłaszcza osoby młode mogą na nich skorzystać. Taki kurs dostarcza więcej rzetelnej wiedzy niż suche informacje z podręczników albo internetowych artykułów. Czasem jest bezpłatny (w takim uczestniczyłam), ale coraz częściej zdarza się, że warunkiem wzięcia udziału jest wybranie położnej z konkretnego szpitala – co chyba wiąże się z kosztami.

W internecie można znaleźć informacje, że lekcje zawierają część teoretyczną, dotyczącą ciąży i pielęgnacji dziecka, oraz praktyczną, podczas której można wykonać ćwiczenia relaksacyjne przygotowujące do porodu. Ja uczestniczyłam w zajęciach, które skupiały się jedynie na części teoretycznej i odbywały się co tydzień. Wykonywaliśmy jakieś ćwiczenia oddechowe, ale bardzo rzadko. Piszę „wykonywaliśmy”, a nie „wykonywałyśmy”, bo w lekcjach uczestniczyli również panowie, co uważam za jak najbardziej słuszne.



Mamuśka na fejsie

Parentingowa część internetu wzbudza we mnie różne emocje. Będąc młodą osobą w ciąży, w pierwszej kolejności szukałam informacji o macierzyństwie właśnie w sieci: na forach, grupach, dedykowanych fanpage’ach. Dużo w takich miejscach agresji, oceniania, braku empatii, złośliwości, a nawet wywoływania poczucia winy. Dobrze to opisała Natalia Fiedorczuk w książce nagrodzonej Paszportem Polityki – Jak pokochać centra handlowe. Chociaż radzę nie czytać tej powieści osobom, które dopiero myślą o dziecku (przedstawiony jest negatywny obraz macierzyństwa, praktycznie same jego cienie, bez blasków), polecam ten quasi-dokument czytelniczkom zainteresowanym tematem, bo moim zdaniem trafnie obrazuje niektóre zjawiska w polskiej rzeczywistości.

Po przeglądaniu mediów społecznościowych mam przemyślenia, że wcześniejsze posiadanie dziecka pozwala uniknąć presji. Odnoszę wrażenie, że po przekroczeniu pewnego wieku zaczyna się wśród kobiet matkowa „faza”: wrzucanie zdjęć brzuszków ciążowych, wizerunku dzieci, a także mniej lub bardziej świadome prześciganie się w kreacji idealnej mamy. Czuję jakiś rodzaj ulgi, że nie muszę obserwować tego wyścigu wśród moich rówieśniczek. Mogę przeżyć ten czas „na świeżo”, bez ciężaru oczekiwań i odrealnionych wizji tego, że inni radzą sobie lepiej.

Nie wiem, co myśleć o masowym udostępnianiu zdjęć malucha na Instagramie i Facebooku, a nawet zakładanie mu osobnego konta (!) na różnych portalach, by w jego imieniu je prowadzić. Czy wielka radość z pojawienia się dziecka uzasadnia tak bezkrytyczne rozsiewanie po sieci jego danych? Rozumiem, że w dzisiejszych czasach jest społeczne przyzwolenie na takie zachowanie… ale uważam, że póki dziecko samo nie będzie mogło wyartykułować decyzji, że zgadza się na to, by rodzic pokazał go w internecie, nie powinno się tego robić. Oczywiście, nie każdy musi się z tym zgadzać.


Będzie dobrze czy nie?

Podczas oczekiwania na narodziny dziecka czułam pewne wyobcowanie. W moim otoczeniu dwadzieścia jeden lat to nie jest popularny wiek, w którym zostaje się rodzicem. Wiadomość o ciąży u większości koleżanek i kolegów wywoływała reakcję: O kurr… – i nie było to przekleństwo wyrażające uznanie.

Uważam, że sama świadomość posiadania dziecka wymusza pewną dyscyplinę emocjonalną. Trzeba przez osiem, dziewięć miesięcy poukładać sobie w głowie różne sprawy. Stopniowo zmieniało się moje podejście do nowej roli. Pamiętam moment na szkole rodzenia, kiedy prowadząca mówiła o rodzaju kup niemowlaka, a ja powstrzymywałam łzy (częściowo przez wahania nastrojów w czasie ciąży) i myślałam, że bardzo nie chcę, by ten czas nadszedł.

Dzisiaj perspektywa pielęgnowania małego człowieka nie wydaje mi się przerażająca, wręcz przeciwnie – nie mogę się doczekać, kiedy pierwszy raz przytulę syna i będę mogła wokół niego „skakać”. Realiści kręcą głową i twierdzą, że szybko mi to przejdzie, kiedy pojawi się na świecie i nie prześpię pierwszych nocy… Być może. Cieszę się, że wreszcie jest we mnie dużo spokoju i pewności, że nie tylko dam radę, ale i opieka nad maleństwem sprawi mi dużo frajdy.

Mój stosunek do przyszłego macierzyństwa zmieniał się jak w kalejdoskopie z miesiąca na miesiąc. Ciąża to ekspresowa lekcja dorastania i selekcji priorytetów. Nie każdy jest na nią od razu gotowy, co nie oznacza, że tak będzie zawsze. Jestem tego przykładem.


Podsumowanie

Kiedy pisałam ten post, ciągle wydawał mi się zbyt ogólny albo wręcz przeciwnie – za szczegółowy w niektórych miejscach. Chciałam uniknąć ekshibicjonistycznego tonu i zarazem w sposób prawdziwy i przydatny podzielić się pewnymi wydarzeniami. Mam nadzieję, że udało mi się to osiągnąć.


Zachęcam do zostawiania komentarzy i polecania wpisu znajomym, którym może on się przydać. 

Powstała też KONTYNUACJA: Ciąża, studia i co dalej? Porady internautek


Kategorie: Artykuły

Tagi: 


PS: Jeżeli podobał Ci się ten artykuł, to wyraź to proszę swoim Lubię to!  pod tym wpisem. To może być dobry sposób na odhaczanie treści, które zostały przez Ciebie przeczytane.

Na urządzeniu mobilnym przycisk znajduje pod prostokątem i nad Polecane dla Ciebie.

EDIT: Niestety, na telefonie nie można sobie w ten sposób odhaczać treści. 🙁 Dlatego zamiast tego, zachęcam Cię do zapoznania się z innymi wpisami.

8 komentarzy do wpisu “Studentka-mama – moja historia

  1. Jestem zaskoczona! Zastanawialam sie czesto co u Ciebie, widzac cisze tu i owdzie. Nie spodziewalam sie takiego obrotu spraw.. ale gratuluje Ci szczerze i serdecznie, oby rodzina byla w komplecie, a maluch chowal sie znakomicie. Pozdrawiam cieplo :*

  2. Autorko świetny wpis I niezwykła dojrzałość emocjonalna. ..i do tego lekkie pióro 😉Będziesz wspaniałą mama..😉😁Ja urodziłam dziecko w wieku 32lat I żałuję że tak późno!..dziecko wywraca świat do góry nogami ale warto!😍❤

    1. Dziękuję! 🙂 Cieszę się, że wpis się spodobał. Kocham synka i mam nadzieję, że od tego już bliska droga, by zapewnić mu wystarczająco dużo uwagi, troski i być dla niego dobrą mamą. 😊 Pozdrawiam

  3. Gratuluję 😊 Jestem pod ogromnym wrażeniem, że dajesz sobie radę. Również przechodzę taki etap w swoim życiu z małym wyjątkiem, nie studiuję tylko pracowałam zawodowo do pewnego momentu. Wiem jakie to trudne, ale jest to możliwe do przejścia. Życzę szczęścia i zdrowia dla Was. 😘

    1. Dziękuję. Czy dam sobie radę – to się dopiero okaże. Kluczowe jest wsparcie ze strony rodziny. Bez tego byłoby dużo trudniej i mniej spokojnie.
      Skoro też przechodzisz taki etap w życiu, to również życzę szczęścia i zdrowia. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię *