W lutym 2019 roku poszłam na kurs pisania scenariuszy w ramach Uniwersytetu Otwartego UAM. W trakcie zajęć uczestnicy prezentowali pomysł na opowieść, opisywali szczegółowo bohaterów, a na koniec tworzyli sceny, które odczytywaliśmy z podziałem na role.


Było przy tym dużo zabawy, ale co ważniejsze – tekst prowokował do dyskusji na temat motywacji postaci, ich dalszych losów i osobowości.

Pomyślałam, że mogę podzielić się odczuciami, czy warto pójść na warsztaty tworzenia dla filmu. Może kogoś zachęcę (lub zniechęcę) do wzięcia udziału w podobnych zajęciach.

Kurs kończył się płatnym egzaminem zaliczeniowym, czyli napisaniem własnego scenariusza. Warunek: dzieło miało być domknięte kompozycyjnie. Nie liczyła się ilość stron.

Pierwsza wersja – niewypał

Z warsztatami i prelekcjami jest ten problem, że bierne uczestnictwo w nich nie przekłada się na wzbogacanie umiejętności. Podobnie bywa z czytaniem podręczników na temat oszczędzania – można zapoznać się z teorią, ale póki nie zastosuje się konkretnych rozwiązań w rzeczywistości, treść nie ma przełożenia na poprawę jakości życia.

Na scenopisarskim kursie początkowo nie podobało mi się, że prowadząca mało czasu poświęciła wiedzy, którą znałam z podręcznika. Lata w szkolnej ławce, a później uniwersyteckiej sprawiły, że oczekiwałam bardziej konkretnych wykładów, które mogłabym zanotować o opasłym zeszycie (albo doc-u) i się z nich uczyć. Z perspektywy czasu uznaję, że postawienie na samo pisanie było lepszym rozwiązaniem.

Pracowaliśmy przede wszystkim na tekstach – zarówno kursantów, jak i prowadzącej. Czytaliśmy, komentowaliśmy, sugerowaliśmy własne rozwiązania. Bardzo pozytywnym aspektem zajęć było to, że od razu widzieliśmy reakcję na pomysł albo fragment. Celem było znalezienie pomysłu na film, a później konsekwentne rozwijanie go przez trzydzieści godzin zajęć. Jeżeli ktoś tego nie robił, pewnie nie skorzystał w pełni na kursie.



Pracę zaliczeniową napisałam pięć dni przed terminem, co uważam z jednej strony za sukces, bo zdążyłam, a z drugiej – za porażkę w kwestii planowania. Pisanie pod presją czasu to dla mnie stres. Z tego powodu nie sprawdziłabym się w roli dziennikarki albo twórczyni contentu dla portali internetowych.

Wbrew pozorom, poślizg nie wynikał z lenistwa. Początkowo miałam pomysł na pełnometrażowy, półtoragodzinny film. Nawet zaczęłam go pisać, ale ze względu na ilość wątków szybko zamotałam się w fabule i straciłam z oczu główny temat. Nie mogłam się zdecydować, czy piszę scenariusz, czy powieść. Jeżeli scenariusz, to musiałam patrzeć na fabułę „filmowo” i pamiętać, że informacje na temat świata i bohaterów mogę przekazać jedynie poprzez obraz i dialogi. Jeżeli stawiałam na materię książkowo-powieściową, otrzymywałam „moc” informowania o przeszłości postaci w formie wzmianek narratora.

Wreszcie zdecydowałam, że akurat tę historię wolę przekazać w formie bardziej lubianej, czyli prozatorskiej, a nie dramatycznej.

Co za tym idzie – zostałam bez scenopisarskiego pomysłu. Większość zajęć przesiedziałam jako słuchacz i czytacz cudzych ról.

W kwietniu opuściłam pięć spotkań, bo dopadła mnie choroba. Motywacja do pisania scenariusza spadła. Nie był to czas całkiem stracony, bo izolacja sprzyjała czemuś, co można nazwać rozwijaniem życia wewnętrznego, a co za tym idzie, wymyślaniu historii – co wykorzystałam, tworząc blisko pięćdziesiąt stron powieści.

Tydzień przed egzaminem mama zaczęła mnie zadręczać pytaniami, czy jej pieniądze na kurs nie poszły w błoto (był on bowiem prezentem na gwiazdkę) i czy zdam egzamin, bo szkoda byłoby zostać bez certyfikatu. Taki papier może się kiedyś przydać – argumentowała. W to wątpię, ale… lepiej mieć co wpisać do metryczki, niż nie mieć tam nic, prawda?

Krótka piłka

Prowadzę od lat notes z napisem Inspiracje i pomysły fabularne. Zapisuję tam każdy wątek, który wpadnie mi do głowy i możliwe, że „mogłaby z tego być jakaś historia”. Przeczytałam wszystkie 110 numerów i zdecydowałam się na czternastkę. Brzmiała ona:

O pięknej wolontariuszce, nazywanej przez kolegów i współpracowników aniołem, która w życiu prywatnym jest pozbawioną skrupułów osobą.

To miały być trzy sceny, film na około trzy minuty. Wybrałam tytuł Anioł, bo anioł stał się lejtmotywem całego tekstu, który rozrósł się do siedmiu scen i szesnastu stron. W trakcie pisania wyrachowana młoda kobieta przemieniła się w zagubioną dziewczynę, wcale nie jednoznacznie złą (przynajmniej na tle innych postaci, z których, niestety, prawie każda sprawia wrażenie odpychającej).

Przerażające i zarazem intrygujące jest to, że zdołałam upchnąć do tak ograniczonej opowieści dużo wątków: internetowe randki, zdrady, poronienia, macierzyństwo, jałowość życia, brak szacunku ludzi do siebie. Nie hamowałam się, kierowana myślą, że łatwiej napisać bzdurę i pozwolić jej się rozrosnąć, a potem najwyżej poobcinać gałęzie absurdów, niż napisać za mało i starać się optycznie powiększyć sadzonkę.

W rzeczywistości uważam, że jest na odwrót. Niestety, znam to gorzkie uczucie, kiedy zmarnowało się czas na pisanie czegoś, co od początku kuleje logicznie i przez to nigdy nie będzie dobre, bez względu na pasję i wtłoczoną w to energię (patrz: opowiadanie Nierozwikłana sprawa).



Anioł – jak to wyszło?

Recenzowanie własnego tworu to jak przeglądanie się w lustrze i próba oceny, czy wygląda się świetnie na tle tysiąca innych ludzi. Nuta prawdy może być w tej opinii, ale jakoś mało wiarygodna się wydaje.

Nie zmienia to faktu, że napiszę, co sądzę o własnym scenariuszu. Postacie są papierowe, fabuła w pewnym momencie prosta jak drut i tylko nieliczne fragmenty, stanowiące 20%, podobają mi się. Zresztą, to właśnie te części, które siedziały w mojej głowie od dawna i były podwalinami trzech niezbędnych scen, tworzących szkielet scenariusza.

Certyfikat otrzymam, ale dokument tekstowy wyląduje bezpiecznie w folderze Ukończone  Gorsze i nie wrócę do niego.

Mimo wszystko cieszę się, że mam to ćwiczenie za sobą, bo może być pierwszym krokiem do bardziej udanych projektów.

Warto było?

Czy żałuję, że poszłam na kurs? Nie, bo nie żałuję niczego, co sprawia, że rozwijam się, miło spędzam czas i zdobywam wiedzę.

Chętnie jeszcze raz zapisałabym się na warsztaty, gdyby nie to, że w przyszłym roku nie będzie mnie w Poznaniu. Grono aspirantów liczyło dwadzieścia osób, było zaufane, więc i jego krytyka łagodna. Czasem odnosiłam wrażenie, że uczestnicy mają opory, by wytykać innym błędy. Przeważały pozytywne uwagi, co potrafiło natchnąć autora do dalszej pracy, ale jednocześnie nie sprzyjało korygowaniu niedoskonałości i pogłębionej analizie opowieści.

Czy nauczyłam się pisania scenariuszy? Nie, ale się do tego zbliżyłam.

Dowiedziałam się też czegoś cenniejszego. Optymistyczna lekcja: inni nie oceniają tekstu tak surowo, jak my sami. Mniej optymistyczna lekcja: wielu ludzi pisze bardzo dobrze, ale – mimo stylu i pomysłów – w pewnym momencie grzęźnie w przeciętności. Można mieć potencjał, ale w prosty sposób gubić go pośród banałów. Być tak blisko czegoś dobrego, a jednocześnie tak daleko – to przygnębiająca pułapka, w którą wpada wiele utalentowanych osób. Warto nad tym pracować.




Co dają kursy pisania?

Ci bardziej złośliwi – bądź też trzeźwo myślący – przypominają, że Dostojewski nie ukończył żadnej Szkoły Kreatywnego Pióra, a Jimmy Henrix nie pobierał lekcji w Szkole Muzycznej (chociaż z tego, co wiem, wielu znanych malarzy kończyło ASP).

Sama mam problem z uznawaniem autorytetów w kwestii powstawania sztuki. Jedynymi mentorami w pisaniu są dla mnie podziwiani twórcy – w tym wielu obecnie martwych, przemawiających nie poprzez wywiady, lecz „goły” tekst prozatorski.

Nie twierdzę, że takie kursy nie dają niczego. Sama mam na półce podręczniki Jak pisać Stephena Kinga czy Jak napisać scenariusz Russina. Pomagają wdrożyć się w temat, poznać cudze opinie o rzemiośle i unikać błędów nowicjuszy. Ale i tak właściwą robotę trzeba wykonać samemu, poprzez systematyczną pracę.

A Wy, jakie macie doświadczenia i przemyślenia w związku z takimi kursami? Planujecie kiedyś zapisać się na takowy?


Kategorie:

Artykuły

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię *