Skończyłam opowiadanie, nad którym pracowałam pół roku. Poświęciłam sześć miesięcy na piętnaście stron maszynopisu – może powinnam mieć poczucie zmarnowanego czasu?

Wracałam do tego tekstu w każdej wolnej chwili przy komputerze (starałam się codziennie, ale wychodziło co 3-4 dni), nawet wtedy, gdy mdliło mnie na myśl o wykreowanym świecie, fabule, bohaterach.

Z czasem puste miejsca się zasklepiały, niepotrzebne słowa znikały, a całość czytało się coraz płynniej. Ślimaczym tempem zmierzałam do ostatniego zdania, które to miałam zapisane od dawna – w przeciwieństwie do serca opowieści.

Łatwiej jest tworzyć posty na bloga. Informacja zwrotna pojawia się natychmiast. Ktoś może skomentować, polubić, przeczytać, co skłania do dalszej aktywności. Przy braku zachęty w postaci widowni muszę czerpać motywację z wnętrza, a także przekonań na temat własnych umiejętności. Wizja pozytywnego odbioru jest zbyt odległa, by dobrze napędzać do pracy.

Dobrym motywatorem może być spełnianie jakiś wewnętrznych potrzeb poprzez pisanie, ale to również ma swoje granice. W pewnym momencie emocje, które były impulsem do przekazania tej opowieści, wypaliły się. Ile razy można je wzniecać?

Również miłe słowa od potencjalnych czytelników potrafią sabotować plan. Zachęty dobrej znajomej, która lubi czytać moje utwory i pełni rolę korekty, wymusiły presję i pośpiech – wrogów skupienia oraz cierpliwej pracy.

To opowiadanie wniosło więcej do mojej zdolności organizacji, niż do portfolio tekstów prozatorskich. Dawno nie napisałam niczego, co w takim stopniu skupiałoby moją uwagę.

Krótka opowieść ma tytuł Potwór z kamienicy. Jest to bardzo prosta historia (może nawet za prosta jak na piętnaście stron tekstu) o 13-latce, która spędza wakacje u babci, w zdobywającym popularność gospodarstwie agroturystycznym zwanym ,,dworkiem szlacheckim”.

Wyobcowana i samotna bohaterka skupia się na obserwowaniu jednego obiektu, który wydaje się skazą w wizerunku idealnego miasteczka: starej kamienicy, rzekomo zamieszkanej przez potwora. Przez wyizolowanie dziewczynka zaczyna niejasno identyfikować się ze stworzeniem, a nawet nawiązywać z nim pewną więź. Wreszcie włamuje się do środka i dokonuje odkrycia, przez które zaczyna kwestionować rzeczywistość wokoło.

Może fabuła nie brzmi porywająco, ale mnie się podobała – i miałam radochę podczas pisania. Pierwszy raz ktoś ginie w moim opowiadaniu. Pierwsza literacka śmierć. Ciekawe, czy udało mi się ją dobrze oddać. Może kiedyś ktoś oceni?

Nie wiem, czy to będzie dobry tekst, skoro wymaga ode mnie aż takiego nakładu pracy. Być może okaże się przeładowany niepotrzebnymi szczegółami i przeintelektualizowany, wszak więcej w nim było rozważań, jak zszyć w jedność fabułę, a nie intuicji i lekkości w pisaniu. Zbyt wiele razy go czytałam, by spojrzeć na całość świeżym okiem.

To nie jest ważne. Ważne jest to, że spróbowałam, zrobiłam. Dokończyłam.

Znalazłam się odrobinę bliżej celu.


Źródło grafik z tego postu: Shutterstock i Pixabay.


Kategorie: Artykuły

Tagi: 

2 komentarze do wpisu “O potworze z kamienicy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię *