Pomyślałam, że warto korzystać z przywileju, jakim jest stawanie przy wirtualnej mównicy przed widownią złożoną co miesiąc z czterystu słuchaczy.

Wśród nich znajduje się tłum przypadkowych gapiów, interesantów, którzy wpadają po konkretny artykuł, zwabionych obiecującą szatą graficzną i rozczarowanych treścią, a także… zresztą, nie wiem – nie bawiłam się w tworzenie person dla tego bloga.

Cieszę się, że strona nadal odnotowuje wyświetlenia, mimo moich zaniedbań promocyjnych. Ubolewam, że w większości dzieje się tak za sprawą gości, którzy wpadają na nią w pośpiechu, by nigdy tutaj nie wrócić.

Oczywiście, lepsze są te pielgrzymki, niż powolne zamarzanie na WordPressowej skale – coraz rzadsze wizyty, których wartość w narzędziach analitycznych zmierzałaby nieuchronnie do zera. Można czasami trafić na takie cmentarzysko treści, zostawione przez administratora ,,na pamiątkę”, straszące martwotą i odległymi datami publikacji.

Mój blog przez dwa lata ewoluował, a wraz z nim zmieniała się forma tekstów. Kiedyś były to opowiadania, później mini-felietony. A teraz? Wpadam w swoistą pętlę: albo tworzę coś na tyle dobrego (w mojej opinii), że chcę to w nieskończoność poprawiać, a nawet spieniężyć (,,Dokończę i jakoś wykorzystam, zamiast wrzucać do sieci”), albo piszę byle jak i wracam do punktu wyjścia – lepiej nie wstawiać niczego, jeżeli nie jest zadowalające.

Kiedyś fascynowało mnie przemawianie przez pisanie. Postrzegałam ten proces w kategoriach magicznego oddziaływania. Oto aplikowanie cudzych myśli prosto do głowy kogoś innego, z chirurgiczną precyzją. Oto bliskość, która rodzi się tak nienaturalnie, za sprawą identyfikacji z osobą, której nie mogę zobaczyć i usłyszeć.

Teraz mam podobne zdanie na temat tej sztuki, tyle że utraciła ona swoisty czar. Rozszerzyła się, wyszła poza kartki książek: na internetowe stronice, na dymki czatów, facebookowe komentarze. Ogarnęło falami każdą przestrzeń, z jaką się stykam przez komputer. Za łatwo mogę zidentyfikować autora. Zewsząd atakują mnie niechciane dane, które błyskawicznie wypełniają luki w wyobrażeniu, nie pozostawiają miejsca na domysł.

Podoba mi się to, że tekst pisany zawiera samą esencję komunikatu bez wzmacniających go elementów pozawerbalnych. To, jak wyglądam, w jaki sposób to wypowiem, jak się zachowam – wszystko umrze wraz z moim ciałem. Myśl pozostanie, uwieczniona na nośniku.

Tak, nie biorę pod uwagę nagrań kamerą. Wtedy również można zapewnić wypowiedzianym zdaniom nieśmiertelność. W dodatku trafiłyby one zapewne do większej liczby osób – wzbudziłyby więcej emocji, niż sam ascetyczny tekst. Czy jednak umożliwiłyby tkanie tak intymnego świata, wzniesionego na skojarzeniach i niedopowiedzeniach, jak w przypadku pisanych zdań?

Pisanie. Szyfrowanie. Dekodowanie. Wystukiwanie wzoru w cudzej świadomości z taką łatwością, jak deptanie butami w śniegu. Dźwięk komputerowych klawiszy, dźwięk maszyny do pisania, dźwięk kredy ocieranej o skałę – nieśmiertelny rytm, która rozciąga się na setki pokoleń.

Exegi monumentum w wersji sieciowej, aktualizacja 4.9.9. Pomnik mniej trwały niż ze spiżu i papieru. Niby nigdy nie zniknie (to w końcu internet), ale szybko ulegnie rozkładowi, przysypany gruzami kolejnych internetowych stron.


Kategorie: Artykuły

Tagi: 

3 komentarze do wpisu “Exegi Monumentum 2.0

  1. Z jednej strony Ci zazdroszczę i podziwiam. Mimo wszystko masz czas na zebranie w pisarskie przemyślenia tego, co chodzi Ci po głowie. Masz czas na siebie, taką autorefleksję. Mi tego brakuje, od 2 lat nie mam czasu na siebie i coraz bardziej mi to doskwiera. Ale nie o tym chciałam pisać. Z drugiej strony smutno mi, że tak mało osób zostaje na dłużej i docenia to, co robisz. Nieważne, w jakich odstępach czasu. Nie powinni być tu ludzie migrujący, tylko na stałe :c
    Co do tworzenia słowem. Powinnaś kiedyś spróbować pisania listów. W jakimś stabilniejszym czy spokojniejszym czasie. Tam się tworzy na bieżąco swoją historię i poznaje cudzą. tylko, że tą historią jest cudze życie i dusza. Nieziemskie uczucie, móc po kolei poznawać wyżej wymienione przez słowo pisane. 🙂

    1. Dzięki za miły komentarz. Trudno, by tych odbiorców przybywało, skoro nie promuję bloga, a to samo się nie zrobi – nie przy tak niskich zasięgach. Kiedy już zyska się pokaźne grono odbiorców, może działa efekt śnieżnej kuli i wszystko idzie z górki.

      Nie ma czego zazdrościć, a tym bardziej podziwiać, bo to kwestia wyboru (może błędnego). Rezygnuję z rzeczy, które w przyszłości mogłyby się okazać bardziej korzystne dla mojej przyszłości, niż chwila skradziona z codziennego dnia i poświęcona na pisanie. Jeżeli postrzegamy to w kategorii hazardu: nie wiem, czy dobrze inwestuję – czy nie stracę wszystkiego za sprawą tych byle jakich decyzji. 😉

      Kiedyś pisałam listy, ale mam dość specyficzne poglądy, jeżeli chodzi o zapośredniczony kontakt. Na przykład komunikatory, czaty. Moim zdaniem niepotrzebnie rozwlekają rozmowę, która mogłaby trwać dwie godziny, a przez to trwa kilka dni, w dodatku po drodze giną emocje, tematy poboczne, które naturalnie by wykiełkowały podczas bezpośredniej konfrontacji. Jeżeli chodzi o listy, to ten czas rozciągnąłby się nawet na kilka miesięcy. Nie wiem, czy to na moją cierpliwość.

      1. Odkąd nauczyłam się pisać tu komentarze to mogę pisać miłe komentarze 😀
        Ale dziwne, że się odchodzi. Ja robię raz na rok przeglądanie, kogo mam w znajomych i co lubię. Nie odlubiam od tak, czasem to polubienie sobie gdzieś dryfuje.

        Chodzi mi o to, że podjęłaś egoistyczny wybór. Ja tak nie umiem. Jestem chyba zbyt rozsądna i empatyczna. powinnam znaleźć w sobie takiego skurwiela ryzykanta XD Poza tym jak dla mnie jest to na plus. Nawet jeśli nie wieli – na początku było słowo. Więc słowo ma moc, której dziś nie doceniamy. Ale zawsze coś znaczy i coś ze sobą niesie.

        Ja lubię social media. Poznałam tak mnóśtwo osób. Nie tylko z listów, ale i kursu czy stron. Do dziś z niektóymi mam kontakt nie tylko przez Facebooka, ale i w realu czy paczki na święta są wysyłane. Doceniam możliwości poznania kogoś, kto chce nam poświęcić czas, nieważne jak daleko od siebie jesteśmy. I to, że nie muszę ograniczać się do tych, co mam obok. Choć i o te relacje dbam oczywiście. Ale ta swoboda wypowiedzi mi się podoba. To, co Ciebie drażni – mi daje sposobność do innego rodzaju zaufania. Bo ja wierzę, że ktoś ma inne zajęcia i swoje życie, ale wróci do mnie w wolnej chwili. Pojawi się, nie ignorując mnie. Bo inaczej, ale nadal jestem dla niego ważna 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię *