Gierki, część druga — opowiadanie

Nie zgadzaliśmy się wpierw co do detali, a później rdzenia opowieści, chociaż te  różnice nie miały większego znaczenia. Chodziło tylko o emocje, które nigdy nie znalazły ujścia — stały się klatką wiążącą nas w tamtych dniach z przeszłości, głupich i niedojrzałych jak my sami z młodzieńczego okresu.

Kiedy miałam szesnaście lat, słowo przyjaźń zdawało się mieć ogromną wagę, większą niż tajemnicza miłość, tak dalece abstrakcyjna i zbyt poważna w brzmieniu. Przyjaźń, często będąca jej namiastką, bo czy można być prawdziwym przyjacielem po sześciu miesiącach?

Aleksandra Jęczmień nie była moją przyjaciółką, mimo że znałyśmy się trzy lata. Czułam, że nasza przyjaźń to tylko fasada, wygodne uproszczenie czegoś trudnego do uchwycenia i w gruncie rzeczy błahego. Połączyły nas wrzawa tego samego gimnazjalnego życia, kilka pozornych sekretów i dobre koleżanki, z którymi spędzałyśmy popołudnia w strumieniu narzekań i rozmów.

Ola była dziewczyną miłą i otwartą, dla której żart stanowił jedyny słuszny środek wyrażania myśli. Jasne włosy wiązała w kok, nastoletni trądzik ukrywała pod podkładem w kolorze kości słoniowej. Tak bladą cerę miały kiedyś księżniczki, a ona sama przypominała taką księżniczkę: uginającą się pod ciężarem ozdób i wyimaginowanych nieszczęść, zapatrzoną w swoje rzekome cierpienie, mającą jeszcze więcej z dziewczynki niż z kobiety.

Za tym ostatnim przemawiał również fakt, że była bardzo chuda; miseczki w rozmiarze A maskowała stanikiem z push-upem, aby uczynić swoją sylwetkę dojrzalszą i pełną kształtu. Nie zmieniało to faktu, że  cieszyła się popularnością, zarówno wśród koleżanek, jak i zauroczonych jej aparycją chłopców.

W trzeciej klasie zainteresowała się chłopakiem z równoległej klasy. Chłopakiem, z którym miała chodzić, a który pół roku później miał zacząć nazywać mnie przyjaciółką, ku zdumieniu wspólnych znajomych. Z Olką na czele.

Wzbudziłam jego sympatię szybko, chociaż motywacja do zaaplikowania tak dużej dawki zaufania pozostawała niejasna. Zwłaszcza ze względu na niefortunne pierwsze spotkanie.

Od kiedy pamiętam, miałam pecha do pierwszych spotkań. Nie zapadałam w pamięć, a jeśli jakiś ślad odbił piętno w myślach mojego rozmówcy, był to przebłysk jednej irytującej cechy, w jego oczach wystarczająco mnie charakteryzującej. Zwykle małomówność bądź, o zgrozo, roztargnienie. Zwłaszcza roztargnienie.

Po tylu towarzystkich niepowodzeniach nie zabiegałam o dowiedzenie się, kim jest wybranek Oli, który — co przeczuwała ona sama, a w co wątpiłyśmy my, wieloletnie koleżanki z paczki — miał zostać w jej życiu na dłużej.

Michał Lisowski, wyłaniający się z naprędce sklecanych opowiadań, wydawał się postacią mglistą i niewyraźną, niemal powołaną do życia piórem. Istniał w naszej głowie jako idea, zbitka stereotypów, niepotrzebnych danych. W tym, że naprawdę istnieje, utwierdzałyśmy się jedynie na przerwach, między dzwonkiem na lekcje, a wejściem do klasy, gdy odprowadzał naszą przyjaciółkę.

Przynajmniej pod względem wyglądu stanowił ucieleśnienie jej ideałów. Blondyn, aryjski blondyn, niczym wyjęty z niemieckiego snu poprzedniego wieku. Uroda krucha, dziewczęca, którą częściowo rekompensowały wysoki wzrost i postura. Do tego zestawu nakładał spodnie moro — nigdy obcisłe rurki, czym wstępnie zyskał sobie moje uznanie — oraz, a jakże, czarne glany, mało praktyczne obuwie każdego zwolennika cięższych brzmień.

Przyjrzałam mu się z bliska w maju, gdy związek jego i Olki był już w bardziej zaawansowanym stadium. Przekonałam się o tym wystarczająco, gdy podeszłam do ławki, na której, zgodnie z planem, miała czekać na mnie znajoma.

Całowali się i dotykali wciąż z pewną delikatnością, jakby nie znali dobrze obejmowanych ramion. Nieprędko zauważyli, że stanęłam przed nimi — z przetłuszczonymi włosami, w pomiętym t-shircie, zażenowana nie tyle ich zachowaniem, co własnym niechlujnym wyglądem. Liczyłam, że spotkam się jedynie z bliską koleżanką, która widziała mnie w dużo gorszych odsłonach.

Gdy w końcu zarejestrowali obecność kogoś z zewnątrz, odsunęli się od siebie — on z prawdziwym zakłopotaniem, Olka z pozornym, podszytym uciechą. Znałam ją na tyle dobrze, by to wiedzieć.

Oczy Michała rozbłysły. Domyśliłam się, że wiedział na mój temat niejedno — i raczej nie były to urywki biografii, którymi warto się chwalić. Kto nie przesiedział tego okresu edukacji w domu, ma świadomość, że tylko w gimnazjum ilość żenujących anegdot, zdjęć i głupich screenów jest tak zatrważająca.

Moje obawy się potwierdziły, gdy znajoma, niby to chichocząc, szepnęła chłopakowi coś do ucha. Michał zrobił zadumaną minę, kiwnął głową, uśmiechnął się złośliwie.

Założyłam ręce na piersi, zastanawiając się, co dalej. Wtedy właśnie oboje poderwali się na nogi. Olka chwyciła mnie pod prawe ramię, on pod lewe.

— No, Marto, jak ci minął dzień? — spytała Ola cieniutkim głosem, powstrzymując śmiech.

— Jesteś trochę nieśmiała, prawda? — spytał Michał, a jego dziewczyna weszła mu w słowo, jakby zaplanowali tę kwestię:

— To nasz filozof. Typowa humanistka… Nigdy nie miała chłopaka, ale nocami marzy o wielkiej miłości.

— Bardzo zabawne — odparłam ze znużeniem. Widać było, że popisywała się przed tym chłopakiem, co odebrałam jako zrozumiałe, ale jednocześnie drażniące sztucznością.

Pewna asymetria okazała się nieunikniona. To na mnie spadł obowiązek ubogacania tego wieczoru. To ja byłam spychana na dalszy plan, kiedy zakochani czule spoglądali sobie nawzajem w oczy, by złożyć buziaki na ustach.

I chociaż cieszyłam się ze spędzonego czasu, po upływie dwóch godzin czułam się zmęczona jak po przebiegnięciu maratonu. Oznajmiłam, że wracam do domu.

Olka też musiała być u siebie przed dwudziestą pierwszą, o co głośno i z paniką się upomniała.

We trójkę zdecydowaliśmy, że odprowadzimy ją z Michałem do domu, a potem rozejdziemy się w swoje strony. Aleksandra przystała na ten pomysł z pewną nieufnością, ale bez marudzenia.

Kiedy zniknęła w bloku, między mną a Michałem zapadło mało komfortowe milczenie.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jedynie Olka była spoiwem naszych żyć. Bez niej staliśmy się dwójką obcych ludzi, którzy nie mają o czym rozmawiać, ale kojarzą się na tyle dobrze, że nie przystoi im wyjąć słuchawek i się ignorować.

Ruszyliśmy we wspólną drogę do przystanku. Starałam się wymyślić jakikolwiek temat, którego jeszcze nie poruszyliśmy, a który mógłby wybawić mnie od obowiązku wypełniania ciszy, lecz nim go znalazłam, Michał mnie uprzedził:

— Mam pomysł. Opowiedz coś o sobie.

— Dziękuję, lepiej nie.

— Nie jesteś interesująca?

— Nie dla każdego — ucięłam. — Poza tym, odnoszę wrażenie, że i tak za wiele o mnie wiesz.

— Spokojnie, Ola uprzedziła, że jesteś introwertykiem. — Wypowiedział to słowo z powagą i zrozumieniem. — Mówiła też, że nie zna drugiej tak nieprzytomnej, roztrzepanej dziewczyny.

Uniosłam brwi. Ta uwaga nie brzmiała uprzejmie, mimo że była prawdziwa.

— To źle, że jestem nieco odklejona od rzeczywistości?

— Nie — odparł. — Bardzo dobrze. Nie daj się w nią wciągnąć.

— Chcesz powiedzieć, że zbytnie zaangażowanie w to, czego doświadczamy, potrafi być zgubne?

—  Lepiej bym tego nie ujął.

Michał odprowadził mnie pod sam dom. Na klatce czekał wujek. Klepnął mnie w ramię, głośno wymawiając późne przyjście i włóczenie się po nocy.

Nie trzeba było szczególnego zmysłu obserwacji, by zorientować się, że trochę wypił. Struchlałam w obliczu tej niezręcznej sytuacji, ale dzielny Michał Lisowski stanął na wysokości zadania.

Elegancko się ukłonił, przeprosił za późny powrót do domu i podziękował za przyjemnie spędzony czas. Na dodatek wtrącił, że miło mu poznać tak surowego wujka koleżanki, który dba o moralność bratanicy.

Czym prędzej uciekłam do swojego pokoju, miotana sprzecznymi uczuciami. Radości i wstydu.

 Ciąg dalszy nastąpi.
Kolejna część zostanie opublikowana 9 kwietnia 2018 r. (poniedziałek) 

Gierki – wszystkie części:

 Przeczytałeś? Będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz. Zyskam świadomość, że słowa odnalazły właściwego odbiorcę, a moja praca została doceniona. ☺  

8 Comments

  1. Po pierwsze, dlaczego sądzisz, że glany są mało praktyczne? Miałaś w ogóle styczność z tymi butami? Bo mam wrażenie, że w tym momencie nie miałaś żadnego pojęcia o tym co piszesz.
    Po drugie – Podawanie pełnych imion i nazwisk w takim tekście o nastolatkach wydaje się być trochę groteskowe. Czytam „Aleksandra Jęczmień” i brakuje mi tylko dopiski „córka Haliny i Jana” przecież to nie są zeznania sądowe. A pełne imię i nazwisko nijak określa daną postać i jak dla mnie wprowadza za dużo zamieszania. Bo przecież Ola to dziewczyna, a Aleksandrą nazywamy dorosłą kobietę. Trochę się to wszystko rozjeżdża. Poza tym opowiadając o znajomych przecież nie opowiadamy o nich pełnym imieniem i nazwiskiem.
    Początkowy opis trochę mnie zgubił, bo w sumie rozumiem, że miał na celu wprowadzić w to, kim są postacie, ale przejście nie było płynne. I tu czytam o Michale i w sumie nie wiem, dlaczego o nim czytam, bo też nijak mi się to łączy z pierwszą częścią. W sumie to najpierw o Olce, której tylko wcześniej było wspomniane i nawet nie wiem, kim ona jest i po co mi to zostało opisane. Potem o Michale tak nagle z choinki i o nich dwoje… to mi się po prostu nie łączy.
    A po trzecie – często czytając dialogi, które piszesz mówię sobie „ej, ale ludzie tak ze sobą nie rozmawiają” bo nie wiem, czy szesnastolatka powiedziałaby o drugiej, że jest introwertykiem… myślę, że raczej padłoby stwierdzenie, że jest nieśmiała. Mało to naturalne.
    Pozdrawiam.

    • Glany są ciężkimi butami. W dodatku długo się je wiąże. Stąd uważam je za niepraktyczne obuwie. Preferuję lekkie buty, łatwe do ściągnięcia z nogi. Odbijam pytanie – dlaczego uważasz glany za praktyczne?

      Myślę, że Internet tak spopularyzował słowo ,,introwertyk”, że znanie go nie jest niczym szczególnym w środowisku, które jakkolwiek się tym interesuje, również wśród osób w wieku gimnazjalnym. Kiedy miałam piętnaście lat, moja rówieśniczka wiedziała, czym jest borderline (ja nie wiem do dzisiaj).

      Oczekuję na odpowiedź. :>

      • Można powiedzieć, że wpisuję się w subkulturę, która nosi glany jako obuwie codzienne. I naprawdę, nie noszę ich tylko dlatego, że pasują mi do image. I myślę, że powie to każdy przeciętny użytkownik tego obuwia. Są wygodne, wodoodporne, nadają się na każdą pogodę i każdą powierzchnię. Rozumiem, że Tobie mogą się wydawać niepraktyczne, jednakże w tekście opisałaś myśli ludzi, którzy chodzą w nich na codzień, a nie swoje osobiste przemyślenia.

        • Opisałam myśli osoby, która obserwuję swojego kolegę noszącego glany, a nie myśli kogoś, kto je nosi. Bohaterka ma tę samą perspektywę, co ja.
          Pozdrowienia.

  2. „oraz, a jakże, czarne glany, mało praktyczne obuwie każdego zwolennika cięższych brzmień.”
    To nie brzmi jak obserwacja jednego osobnika. I nie chodzi mi o to czyja to perspektywa. „Każdego” to rozumiem, że każdy ma zdanie, że to mało praktyczne obuwie. Tym zdaniem po prostu sugerujesz, że KAŻDY ma taki sam pogląd. Może powinno być „oraz, a jakże czarne glany, myślę że mało praktyczne…” czy coś w ten deseń.

    • Z tekstu wynika, że każdy miłośnik cięższych brzmień (np. metalu) nosi glany, które są mało praktycznym obuwiem – zdaniem bohaterki. Jestem w stanie przyznać ci rację, lecz z drugiej strony, uważam, że to nie jest błąd, bo nawet takie sformułowanie zdania (błędna ocena czyjegoś ubioru) przekazuje informacje o postaci. Chociaż teraz to już nie wiem…

      Rozumiem, że odbierasz to w taki sposób, jakbym napisała, że wszystkie osoby noszące określoną garderobę mają jakieś konkretne cechy, czyli na przykład: wszystkie dziewczyny chodzące w dresach są pustymi blondynkami-Karynami – coś w ten deseń? Patrząc na to w ten sposób, jestem w stanie zrozumieć Twoje odczucia.

      • Dodam, że nie upieram się przy swojej racji. Jestem autorką, więc wypowiadam się wyłącznie przez treść opowiadania. Skoro pojawiły się niejasności, to znaczy, że wymaga ono dopracowania.
        Zarzuty dotyczące sztuczności dialogów i nazwisk bardziej mnie zainteresowały i raczej na tym się skupię.

  3. Idzie lato, już niedługo będziesz przeklinał swoje słowa w trzydziestostopniowym upale. Jeśli nie, to osoby w Twoim otoczeniu będą przeklinały Ciebie, gdy ostatecznie te buty zdejmiesz uwalniając opary z Twojego prywatnego glano-kompostownika. Mam ubaw z ludzi, którzy modę, czy też przynależność do subkultury cenią sobie bardziej niż własny komfort. Coś krucho u Ciebie z racjonalnym myśleniem. Nie różnisz się od osób, które zimą przy minusie cisną po zaspach w vansach, rurkach i z odkrytą kostką. Nie istnieje coś takiego jak ubiór na każdą pogodę. Każdy element garderoby ma swoje zastosowanie – szersze, lub węższe, ale nie obejmujące wszystkich scenariuszy.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 Półbohater

Theme by Anders NorenUp ↑