Pamiętam, kiedy znienawidziłam cię po raz pierwszy. Siedziałeś w fotelu, rozłożony swobodnie jak mój ojciec – lekarz, który w tym miejscu zwykle słuchał pacjentów. Przybrałeś nawet podobną pozę. Noga na nogę. Splecione dłonie.

Nie wyglądałeś na zatroskanego. Wyglądałeś na zmęczonego w taki sposób, w jaki znużony jest rodzic, który musi wytłumaczyć dziecku coś trudnego, chociaż uważa to za stratę czasu. Długo milczałeś, a ja topiłam się w tej ciszy, rozpuszczałam w niej emocje i strach.

— Chcesz się ze mną rozstać, prawda?

— Rozstać — powtórzyłeś z niechęcią. — Właśnie to nas różni. Ty wierzysz w słowa. Mają dla ciebie znaczenie. Czy powiedzenie rozstaję się z tobą cokolwiek magicznie zmienia? Uczucia? Obecny stan rzeczy?

Znów zniknąłeś za mgłą własnych refleksji. Patrzyłeś na dłonie.

Doszłam do wniosku, że dłużej tego nie zniosę. Pośród zastygłych bezczynnie myśli wybijała się jedna — błagająca, byś wreszcie to zakończył. Byś już nie przeciągał tej ciszy, której nienawidziłam, a której w tej chwili nie przerywało nic. Nawet dźwięki kołyszące się za oknem zniknęły, wessane przez pustkę.

Siedziałam z kolanami pod brodą na kanapie, ubrana w niebieską sukienkę boho. Makijaż, na który poświęciłam tyle czasu, spływał strumieniami. Drugą godzinę przeznaczyłam na męczenie siostry, by doradziła, w co mam się ubrać, by zrobić na tobie wrażenie.

Może mi się udało. Gdy wślizgnęliśmy się potajemnie do gabinetu, bez słowa zaciągnąłeś mnie na kanapę.

Nie mogę ci tego wybaczyć. Dobrze wiedziałeś, co zamierzasz później powiedzieć, ale nie przeszkodziło ci to w składaniu pocałunków, podgryzaniu mojego ciała, w dotykaniu go. Wydawałeś się spełniony, może nawet szczęśliwy.

Kiedy to się skończyło, kiedy ostatnie emocje opadły, zacząłeś się ubierać. Patrzyłeś gdzieś w dal i nawet z grzeczności nie udawałeś, że słuchasz tego, co mówię.

— O co chodzi? — zapytałam.

Usiadłeś w fotelu.  Tylko ze strachu wytrzymałam twoje milczenie, które co jakiś czas przerywało wybełkotane zdanie-ochłap: Sam nie wiem.

Minęło pół godziny. Na przeciwległej ścianie wisiał zegar. Patrzyłam na niego, byle tylko nie patrzeć na ciebie.

— Pozwól mi zrozumieć.

Wystukiwałeś coś palcami na blacie. Nie reagowałeś.

— Z szacunku do mnie i do tego spędzonego wspólnie roku, powinieneś mi powiedzieć — spróbowałam jeszcze raz, ale i to nie przyniosło efektu.

Walczyłam z biciem serca i drżeniem kolan, wyczulona na najmniejszy dźwięk. Tak upłynęło dwadzieścia kolejnych minut.

Wściekłość zderzała się falami z rozpaczą. Nie zamierzałam dłużej tego znosić.

— Wykorzystałeś mnie.

Westchnąłeś z politowaniem.

— Nie patrzmy na to pod względem: wykorzystałeś, nie wykorzystałeś.

— Potraktowałeś mnie przedmiotowo.  Nic cię nie obchodzę. — Łzy same popłynęły po moich policzkach. — Co ty sobie myślisz? Ja… wolałabym, abyśmy nie robili tego wszystkiego… żeby nie było tego seksu… ale żeby była za to bliskość.

Wtedy zrozumiałam, co promieniuje z twojej postawy. Obojętność. Tym bardziej bolesna, że nawet nie miałeś ochoty jej ukrywać.

— Odezwij się. Powiedz mi. Proszę… —   Naszła mnie nagła myśl, uderzająca swoją oczywistością: — Zakochałeś się w innej dziewczynie?

Obserwowałam twoją reakcję. Uśmiechnąłeś się głupio, ale głos wydawał się szczery:

— Skarbie, no co ty? Nie zrobiłbym ci tego.

— Jasne.

— Uwierz — rzuciłeś pogodnie.  Spojrzałeś na mnie po raz pierwszy od dłuższego czasu, smutny i zmieszany. — Przytul się, kochanie.

Podszedłeś do kanapy, a ja kazałam ci natychmiast wrócić na miejsce. Nie słuchałeś.

Nie ma sensu zapisywać scen jak z telenoweli. Tej szarpaniny, beznadziejnych krzyków, byś mnie nie dotykał i gróźb, że wychodzę.

Ubrałam w pędzie but, chwyciłam z wieszaka płacz. Przytrzymałeś moje przedramię.

— Kochanie, zostań… przepraszam.

— Mam dość. Muszę odetchnąć. Inaczej zwariuję.

— Idę z tobą.

— Nie ma mowy. Przemyślisz sobie w tym czasie, zdanie po zdaniu, co chcesz mi powiedzieć.

— Może nie potrafię? Może czasem nie ma odpowiednich słów?

Nie miałam siły na komentarz. Wróciłam na swoje miejsce, odwróciłam się do ściany.

Przyznam: wolałabym, abyś chodził rozdrażniony po pokoju. Żebyś rzucał mi w twarz, że mnie nie znosisz. Wolałabym, żebyś mnie nienawidził.

Wtedy miałabym chociaż nadzieję.


Dziękuję wszystkim za przeczytanie! 

Te artykuły mogą Cię zainteresować:

Tagi:

15 komentarzy do wpisu “Kocham cię, ale bardziej nienawidzę

  1. „Nienawidzę za to, że Cię kocham…” jakoś te słowa wypowiedzane w moim kierunku parę lat temu odbiły się echem w tym poście…
    Tak, kiedy jest nienawiść, jest jeszcze jakieś uczucie. Przecież najgorsza jest pustka, która rozdziela jeszcze bardziej. Gdy patrzysz w te oczy i nic nie widzisz. Nawet nie ma się pewności, czy stoi przed nami osoba, którą się kochło.
    Z związkami jest taki problem, że trzeba o nie dbać, ale żadna że stron nie może starać się bardziej.
    Trzymaj się. Świat zawsze po czasie składa się na kawałki. A jakbyś chciała pogadać, to śmiało. W końcu przeżyłam coś całkiem podobnego.

  2. Nie wiem dlaczego, ale nie podoba mi się ten tekst. Po prostu, coś w nim jest nie takiego. Nie czytało mi się tego tak lekko i przyjemnie jak poprzednie Twoje wpisy. Tak wiem, ten nacechowany jest negatywnymi emocjami.
    Szybko mnie znudził. No szkoda, bo wyczekiwałam kolejnego postu na stronie, ale trochę zawiodłam. Mimo wszystko – wspieram całym serduszkiem!

  3. Mam deja vu. Czyżby to był jeden z Twoich starszych tekstów, być może nawet jeszcze z czasów Aska?
    Wciąż czytało mi się go tak przyjemnie jak za pierwszym razem.

    1. Dziękuję. 🎀 To jeden z wpisów, które kiedyś opublikowałam, ale potem zmieniłam ustawienia prywatności, by stał się niepubliczny. Przez dłuższy czas nie był dostępny na blogu. Teraz, po modyfikacji i odświeżeniu strony graficznej, wrzuciłam ponownie.

  4. Laska, o co Ci chodzi? Najpierw sama dałaś się przelecieć, a potem jęczałaś, że Cię wykorzystał.
    Rozumiem, że wasz związek kulał od jakiegoś czasu. To dlaczego na wejściu oddajesz mu się, kiedy ogólnie jest fatalnie między wami? Sądzisz, że seks coś uratuje? Nagle on zmieni podejście, bo się z tobą przespał? Przecież to tak nie działa… także to nie on cię wykorzystał, tylko ty sama dałaś się wykorzystać…

    1. Może bohaterka wpisu nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest tak źle? Czasem jedna strona w związku jest nieświadoma, że druga przestaje kochać.

      Fakt faktem, sama wręcz nie znoszę wymówek słabych ludzi, którzy przerzucają odpowiedzialność za własne czyny na innych. Rola ofiary jest wygodna – pozwala trwać w bierności i unikać zdecydowanego działania. To sprawia, że taka osoba zakopuje się w kolejnych kłamstwach i nie bierze odpowiedzialności za swoje życie.

    1. Dziękuję. Swoją drogą, właśnie szlifuję nowe opowiadanie na bloga (postaram się w tym tygodniu wrzucić), które z kolei będzie najdłuższym przeze mnie napisanym. Nie wiem, czy ktokolwiek przebrnie przez tyle tekstu. Chyba nie potrafię znaleźć złotego środka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię *