Tańczyć ze śmiercią każdy może — opowiadanie

Na wiele mogłam narzekać, ale nie na estetykę licealnego budynku.

Architektoniczne cudeńko wyrastało na dawnych terenach przemysłowo-portowych, na tle siatek kwater i alei. Oplecione dzikim winem, wsparte na kolumnach jak rzymski akropol, oczarowywało zwłaszcza gimnazjalistów nawiedzających twierdzę podczas dni otwartych.

W otoczeniu wizualnych tych fajerwerków hasło Sapere aude — wykute w lewym skrzydle — zdawało się zaklęciem, którego moc przemieniała każdego nieuka w żądnego wiedzy inteligenta. I to wrażenie wykorzystywano, promując naszą szkołę.

Instytucja z dumnie wypiętą piersią roztaczała iluzję renomy. Iluzję, która znikała już po miesiącu, wraz z nadzieją na edukacyjną przygodę.

Obiekt prezentował się niczym z ulotki reklamującej idealne osiedla, lecz była to tylko zasłona dymna, która ukrywała wszechobecny pustostan. W jego mury trafiały głównie podręcznikowe okazy homo hubris, ofiary technologicznego postępu, które utwierdziłyby socjologów w ponurym przeświadczeniu, że epoka próżności zebrała swoje żniwa.

Miały wszystko. Nieograniczone źródła gotówki, atrakcyjne perspektywy, rozpieszczających je rodziców. Przyjaciół. Szkoda, że fałszywych.

Na korytarzu roiło się od dobrze ubranych chłopców  i dziewcząt, z których większość mogłaby uprawiać modeling. Lokalne gazety chętnie zamieszczały nasze zdjęcia, płodząc dumne artykuły o wysokim poziomie nauczania. Milczały jednak na temat tego, że od kilku lat leciał on na łeb, na szyję. Z dwudziestego miejsca w ogólnokrajowych rankingach spadliśmy na sześćdziesiąte. Staczaliśmy się po równi pochyłej i żadna reklama nie mogła tego zmienić.

Nienawidziłam tej szkoły. Zostałam na siłę wszyta w tkankę licealnego istnienia, chociaż organizm mnie odrzucił, tak jak ciało odrzuca przyszytą kończynę. Bezustannie śledziłam wskazówki zegara, czekając na dźwięk dzwonka, który wybawiłby mnie od towarzystwa losowej zbiorowości w postaci mojej klasy.

Jako ostatnia wchodziłam do sali i jako pierwsza ją opuszczałam. Wszystko mnie drażniło, nawet trzymana książka. Chciałabym rzucić nią tak, że rozleciałaby się na kawałki — kartki zaszeleściłyby gniewnie, wzniosłyby się w powietrze jak tumany czarno-białego kurzu przy huku wstrząsającym pomieszczeniem.

Szukałam powodów, dla których warto było wstawać. Aby chociaż pozornie równoważyły niechęć do tej placówki. Wyliczałam je w głowie.

Poranna kawa. Widok dachów karmionych odbitym światłem. Nowe piosenki do odsłuchania w autobusie. Zajęcia polskiego.

Dzisiaj przynajmniej profesor Ochtabiński nie zawodził moich oczekiwań. Gdyby ktoś z zewnątrz wpadł do sali, zastałby go wymachującego tekturowym mieczem, krzyczącego:

— Wymiana argumentów jest walką! Jeśli chcecie biegle posługiwać się polszczyzną, różnicujcie język! Ciosy powinny być raz mocne, raz leciutkie jak piórko! Spadać z nieba! Brawo!  — Miecz uniesiony w górę. — Osiągnęliśmy cel, ale jeszcze doprecyzujemy taktykę.

Pierwsze ławki nie mogły złapać tchu ze śmiechu. Końcowe patrzyły na profesora z politowaniem.

Polski pan Keating. Nauczyciel z iskrą szaleństwa, którą rozniecał wśród nauczanych klas. Dla jednych duchowy przewodnik i guru. Dla innych neurotyczny błazen.

Już pierwsze tygodnie podzieliły jego wychowanków na dwa obozy.  Świeżo zebrany bukiet latorośli, dręczony zmianami skórnymi i lękiem przed nową rzeczywistością, zajął miejsca w sali. Kiedy ostatnie szmery ucichły, Jakub Ochtabiński wyszedł na środek.

Wyglądał jak wędrowiec z obrazów Friedricha. Romantyczny szaleniec. Promieniował tą mentalnością świadomie, lecz nawet nie musiał jej uwydatniać, byśmy pojęli, że płynie z samego wnętrza.

Jego koszula polo i rybaczki bardziej pasowały do wczasowicza, niż do nauczyciela szkoły średniej. Tak samo jak dziwaczna fryzura, będąca wariacją ścięcia ,,na pazia”, nadająca posiwiałemu mężczyźnie dziecięcego wyglądu.

Ochtabiński był świadom, że łowi uwagę trzydziestu par oczu. Schował za siebie ręce, lecz nie umknęło mojej uwadze, że na żadnym z palców nie dostrzegłam obrączki. Kiedy uznał, że kolejne sekundy napięcia mogą je doszczętnie zniszczyć, przemówił:

— Humaniści są jak rycerze. Powinni kierować się zasadami. Walczyć godnie. Do ostatniej kropli krwi.

Głos miał czysty, bez żadnej błędnej nuty. Ta skromna sala była jego sceną, a uczniowie widownią, przed którą debiutował.

— Humaniści powinni pomagać słabszym. Być wzorem. Bronić swoich wartości za wiarę, Boga i ojczyznę.

Przekręcił gałkę w radiu, włączył głośniki.

— Czasem w życiu brakuje podkładu muzycznego, który grałby podczas odpowiednich momentów.

Buchnęły dźwięki hymnu rycerskiego. Ochtabiński wyprostował się jak struna. Nabrał powietrza w płuca.

— Humaniści mają misję! Powinni odkrywać prawdę. Zmieniać ten świat. Sprawiać, by stawał się piękniejszy. — Uderzył dłońmi o biurko. — Traktujcie tę ławkę jak ołtarz. Zachodzi na niej przemiana suchej wiedzy w wyższą świadomość.

Dopiero teraz się uśmiechnął. To nie był zwykły uśmiech. To był niemal trollface, obejmujący przestrzeń do okolic kości policzkowych.

— Miej rozum… i patrzaj w poezję — zakończył Ochtabiński, opadając na swoje miejsce.

Pocztą pantoflową dokopaliśmy się do mrocznych szczegółów jego biografii, mniej lub bardziej potwierdzonych.

Wcześniej nauczał w placówkach patologicznych, oscylujących blisko oświatowego dna. Jego udział w życiu liceum został szybko odnotowany. Zakochany w poezji Mickiewicza, mający kontrowersyjne poglądy profesor zorganizował protest, który skończył się przesłuchaniem na komisariacie jego podopiecznych. Poprzednia klasa, zahipnotyzowana naukami Ochtabińskiego, chwyciła za transparenty i domagała się przyłączenia Wileńszczyzny do Polski. Po tych wydarzeniach pan Jakub był skreślony w oczach ciała pedagogicznego.

Fanatyk. Groźny entuzjasta. Przylgnęły do niego rozmaite łatki. Dyrekcja dążyła do usunięcia go jak zepsutego zęba. Zatruwał opinię prestiżowej placówki. na którą tyle pracowała.

Tym bardziej było mi go szkoda. W naszym liceum trzymały mnie tylko jego zajęcia . Szedł pod prąd, nie dał się zrazić ani nastrojami, ani presji ze strony rodziców. Mówił to, co naprawdę myślał, a nie to, czego wymagała polityczna poprawność.

Jeśli dotychczas klasa nie miała o nim zdania, zmieniło się to po oddaniu interpretacji wierszy. Ochtabiński rzucił je niedbale na stół, jakby trzymał w rękach makulaturę.

— Jedynki — oznajmił. — Dwadzieścia sześć osób otrzymało oceny niedostateczne.

W obliczu tej wiadomości zamarliśmy.

— Nie piszecie tego, co myślicie — tłumaczył. — System edukacyjny wtłoczył was w określone ramy, zdusił własne zdanie… Nie bójcie się nie zgadzać z podmiotem lirycznym! Tylko szóstkowi uczniowie zawsze się zgadzają. Nie lubię wzorowych uczniów. Wolę poszukiwaczy prawdy.

Między licealistami  zawrzało. Nic dziwnego. Większość osób przywiązywało ogromną wagę do tej śmiesznej cyfry, dającej im złudzenie co do poziomu ich wiedzy.

Nie chcieli wybujałych zajęć. Woleli nudne konkrety, które dobrze przygotowywały do matury i zapewniłyby im piątki w dzienniku.

Niezadowolenie narastało. Zwłaszcza gdy wyszło na jaw, iż wychowawca jest osobą bardzo wierzącą. Czytanie Biblii na lekcjach szybko zraziło część nastolatków do Ochtabińskiego, jednak profesor zdawał się nie odczuwać silnej antypatii, jaka budziła się w niektórych wychowankach.  Był formalistą i nigdy nie brał zwolnień. Ku rozpaczy niektórych i ku radości tych, którzy go uwielbiali.

Tego dnia siedziałam w ławce i dałam się zwodzić wrażeniu, że trafiłam do teatru. Występ profesora mógł aspirować do rangi niewielkiego przedstawienia.

— Myślicie: Ochtabiński znów wariuje. Ja wiem, co mówię! Chwyćcie się za nadgarstki. Rytm towarzyszy nam nieustannie. Rytm jest w upływie sekund, w sylabach. W tym wierszu.

Łowiłam każde słowo, ale klasa sprawiała wrażenie uśpionej.

— Drodzy państwo!

Kilka osób uniosło wzrok. Reszta dalej odrabiała prace domowe.

— Może opowiem dowcip? Śpicie, wczesna godzina. — Ochtabiński oparł się o biurko. — Ciekawe, czy istnieje poetyka żartów… W niektórych można wyodrębnić topikę egziordalną,  topikę wstępu, na przykład: Przychodzi baba do lekarza. Jakie znacie rodzaje kawałów? Właśnie!  O góralach! Ciekawe, czy można by napisać z tego doktorat: Obraz górala w kawałach? Zauważyliście, że góral występuje w nich jako osoba spontanicznie złośliwa?

Odpowiedział mu brak reakcji.

— Zapisujemy! Temat: Obraz górala w polskiej kulturze rozrywkowej. — Uczniowie otworzyli zeszyty. — Zgłupieliście? — krzyknął Ochtabiński. — Przed chwilą powiedziałem wierutną bzdurę, a wy ją ślepo powielacie! Myślcie, drodzy państwo! Jesteście tak wyuczeni, że wystarczy zmiana intonacji głosu, byście rzucili się do zeszytów i notowali bezsensowne frazesy. Oduczę was tego.

Omawialiśmy średniowiecze. Profesor włączył komputer, puścił fragment filmu Siódma pieczęć. Kiedy scenka dobiegła końca, powiedział do klasy:

— Zwróćcie uwagę, jaki wyraz twarzy miała Śmierć. Patrzyła na rycerza chłodno, bezlitośnie. Widzieliście? Jak rzeźnik, który zaraz ubije świnię.

— Nie zgadzam się — odezwał się uczeń. — Moim zdaniem nie miała zaciętego wyrazu twarzy, tylko spokojny.

— Oczywiście — odparł rozbawiony Ochtabiński. — Rzeźnik musiałby być psychopatą, aby patrzyć w ten sposób na to biedne zwierzę. Przecież nie realizuje w pracy swoich sadystycznych zapędów! Nie robi… — Uniósł ręce, jakby trzymał niewidzialny pogrzebacz, zrobił zamach i wrzasnął: — Aaaaa masz! Giń! Dobrze ci tak, prosiaku! Ooo tak!

Uczniowie zgodnie się roześmiali, prócz chłopaka, który wtrącił swoje wątpliwości.

Zauważyłam jeszcze jedną osobę zachowującą pokerową twarz. Wilk wyglądała, jakby schowała się pod szklanym kloszem, do którego nie docierały obrazy i dźwięki.

Z trudem odkleiłam od niej spojrzenie. Przeniosłam je znów na Ochtabińskiego, który, zadowolony z wywołanego szumu, poprawił kołnierz koszuli i oznajmił:

— Drodzy państwo, zapisujemy: Napisz własny taniec śmierci na przykładzie podanym w wierszu, ponieważ tańczyć każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej, ale nie o to chodzi, co komu wychodzi!

— My to notujemy? — rozległ się niepewny głos.

— Jasne!  — podchwycił Ochtabiński. — Czemu nie? W końcu tańczyć każdy może, wiersz pisać każdy może, tańczyć ze śmiercią każdy może…!

— Proszę pana — odezwała się uczennica — czy nasz taniec śmierci musi być rymowany?

— Jasne, skąd tak głupie pytanie? Rymowany trzynastozgłoskowiec z akcentem padającym na przedostatnią sylabę i średniówką.

Nikt się nie odzywał, długopisy pracowały. Ochtabiński oparł się o ławkę.

— Równość — oznajmił zamyślony. — Zastanawialiście się kiedyś, czy wszyscy ludzie są równi? Czy istnieje sprawiedliwość? Odpowiedź brzmi: nie. Tylko wobec śmierci wszyscy są tacy sami, tak samo bezsilni. Śmierci nie można skosztować: wszystko albo nic. — Zadzwonił dzwonek, wychowawca uśmiechnął się szeroko. — Tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejsze zajęcia! Przynieście własny taniec śmierci na za tydzień.

Wyszłam z sali, otumaniona krzykami przerwy, które krzyżowały się w mojej głowie ze starymi drzeworytami danse macabre.

Korytarz zdążył się zaludnić, ale nie na tyle, bym miała trudności z przedostaniem się do łazienki.  Z każdym krokiem magiczna atmosfera lekcji zdawała się blaknąć. Rozwiała się zupełnie, gdy zobaczyłam kordon sobowtórów zajmujący przestrzeń toalety.

Pośladki wypięte w obcisłych dżinsach. Oczy podkreślone jak u Kleopatry, z kreskami wycelowanymi zadziornie w górę. Oto całą misję kosmetyczno-odmładzającą wzięły na swoje wątłe barki nastolatki.

Stały przy lustrach i poprawiały włosy. Nachalny, irytujący gest. Wytrzepywanie włosów, podnoszenie ich palcami, robienie z nich zamieci, aby chwilę potem ułożyć je tak, jak leżały wcześniej.

Nie znosiłam oceniających spojrzeń, jakie posyłały mojemu odbiciu. Tego smrodu słodkich perfum zmieszanego z zapachem ich potu.

Dopchałam się do umywalek trzy minuty przed dzwonkiem. Spojrzałam w płaski, lustrzany świat i nie poznałam odbijającej się w nim twarzy. Nie tak ją sobie wyobrażałam, kiedy byłam dzieckiem.

Teraz postać patrzyła na mnie z wyrzutem. Wiedziałam, dlaczego. Marniałam w oczach.

W lustrzanym odbiciu dostrzegłam coś jeszcze. Postać zawieszoną przy drzwiach, opatuloną niczym Cyganka, w szalach i  długim swetrze, który opadał do łydek jak peleryna. Nim zdążyłam to przemyśleć, spytałam:

— Poczekasz?

Wilk spojrzała na mnie bez wyrazu. Równie beznamiętnie się zgodziła.

Ten głos mógłby być nagraniem internetowego bota. Nie wyłapałam w nim ani krzty zaangażowania.

Przy Wilk, która starała się przykryć czernią każdy kawałek bladej skóry, wyglądałam, jakbym zeszła ze sceny bożonarodzeniowego spektaklu, zagrawszy wcześniej rolę serafina. Najwidoczniej i ona lustrowała mnie ukradkiem, bo zaraz usłyszałam monotonny głos:

— Czemu ubrałaś się na biało?  W zimie?

— Chciałam skontrastować strój do samopoczucia.

— Aha… Chyba rozumiem.

Albo próbowała wywrzeć wrażenie, że ją to nie obchodzi, albo naprawdę ją to nie obchodziło.

Nie była dla mnie dobrym towarzystwem, wiedziałam o tym.  Wilk zabijała w sobie ciepłe uczucia, uważając je za wyraz słabości. Zawsze towarzyszyła jej ta sama obojętność, aura milczenia.

—  Tańczyć ze śmiercią każdy może — powiedziałam. — Boisz się jej?

— Czasem chciałabym, aby już po mnie przyszła.

Wątpiłam w prawdziwość tego twierdzenia. Mimo to w moje myśli zaplątało się pytanie, które postanowiłam zadać:

— Byłabyś w stanie popełnić samobójstwo?

— Z jakiego powodu? — spytała Wilk.

— Z cierpienia, bezsilności, rozpaczy… Chyba nie ma innych powodów.

— Do samobójstwa może pchnąć wiele rzeczy, nie tylko cierpienie. Na przykład ciekawość.

— Wątpię — odparłam. — Człowiek zdrowy, niezaburzony, nie zabije się z takiego powodu.

— Nie wiedziałam, że ograniczamy naszą rozmowę do tego, co tyczy się zdrowych, niezaburzonych ludzi.

— Uważasz się za osobę niestabilną?

— Znając normy zachowań ludzkich, widzę, że moje nieco od tej normy odbiegają. Nie czuję się jednak z tym źle. Tyle w temacie. — Wilk przekrzywiła głowę, jakby coś ją zastanowiło. —  Z jakiegoś powodu wpierw jesteśmy tutaj. Może przed odejściem wypadałoby poznać to miejsce lepiej?

Z trudem dotrzymywałam jej tempa, zarówno w chodzie, jak i w dyskusji.

— To nie lepiej być nieśmiertelnym? — drążyłam. — Nie chciałabyś?

— Nigdy — odparła. — Za bardzo ciekawi mnie, co będzie potem.

— A jeśli nic nas nie czeka?

— Wtedy sprawdzają się zasady giełdy: im większe ryzyko, tym większy możliwy zysk.

— Myślałam, że nie wierzysz w życie wieczne.

— Bo nie wierzę — ucięła. — I słyszałam, że homoseksualiści trafiają do najgłębszych czeluści inferno razem z sodomitami, pedofilami i podobnymi.

Nie umiałam powstrzymać uśmiechu.

— Może pozwolą mi cię odwiedzać.

— Zapomnij. W piekle nie ma wycieczek międzyoddziałowych.

Zatrzymała się bez uprzedzenia. Zrobiła kilka kroków do tyłu, wymuszając na mnie, abym postąpiła podobnie.

Sznur ciał przepychał się przez drobne drzwi do podziemnych pomieszczeń. Teraz podziwiałyśmy tłum z dystansu.  Wilk odwróciła się powoli w moją stronę.

— Co ci się nasuwa na myśl, kiedy patrzysz na tych wszystkich ludzi?

Na wypadek, gdyby mogli mnie usłyszeć, ściszyłam głos:

—Że są leniwi. Pchają się, bo unikają wysiłku związanego z czekaniem na swoją kolej. Tym sposobem męczą się jeszcze bardziej. A ty?

— Moja myśl nie jest tak rozbudowana. — Wilk westchnęła i zrobiła niedbały ruch parasolką, jakby chciała wyrazić w ten sposób obrzydzenie. — Bydło.

— Przegięcie — mruknęłam.

— Przegięcie? Wierz mi, jesteśmy daleko od przegięcia.

— Skoro tak, wolę nie wiedzieć, jak wygląda w twoim wykonaniu.

Uśmiechnięta się i wzniosła brwi. Dodałam zapobiegawczo:

— To nie był komplement.

— Nie szkodzi. Ironia czasem smakuje lepiej od komplementu.

Rozpogodziła się, co zadziałało na mnie drażniąco.

— Nie wiem, za kogo ty się uważasz. Myślisz, że jesteś lepsza od innych. Traktujesz ich bez szacunku. Mnie też.

Wilk sprawiała wrażenie, jakby tego nie usłyszała. Wreszcie oznajmiła:

— Postaram się wyrazić w jednym słowie. Cześć.

— Nie musisz się tak ograniczać.

— Użyję dwóch słów. Cześć, Aniu.

Nie czekając na moją odpowiedź, oddaliła się w stronę licealnej krypty.

PS Z myślą o kreatywnych młodych osobach założyliśmy zamkniętą grupę na facebooku. Dzielimy się inspiracjami i służymy radą każdemu, kto chce się rozwijać. Dołącz do nas: LINK DO GRUPY.

Anna

Te artykuły mogą Cię zainteresować:

 

39 Comments

  1. Przykro mi z powodu Wilk. Nie odkrywa się przed tobą, ale mam wrażenie, że chciałaby Ci się wyżalić. Może przesadzam, ale dla mnie to wygląda tak, jakby ci ludzie (albo w poprzedniej szkole klasa, nasz mózg lubi myśleć schematycznie) coś jej zrobili, dlatego trzyma się od nich z daleka i nimi gardzi. Sama byłam w pewnej nieprzyjemnej sytuacji i doszło do tego, że resztę swoich kolegów i koleżanek traktowałam jak podludzi.
    Szkoda tylko że nie potrafi powiedzieć, co się stało, że żywi do nich aż taką niechęć. To smutne. Wydaje mi się też, że pod maską narcyza kryje się ktoś inny. Wygląda na niepewną, skrywa uczucia, bo się boi. Niewiele o sobie mówi, bo się boi.
    Oczywiście to tylko moja teza, no… Mam tendencję do przesadzania, przyznaję.

    • Półbohater

      11 czerwca 2017 at 09:08

      Jaki kochany komentarz. 🙂 Uśmiechnęłam się.
      Miło mi, że wciąż są tutaj osoby, które czytają całość i komentują. Dziękuję.

      • Przepraszam za chaos w mojej wypowiedzi… Jakoś tak ciężko z moją składnią i od zawsze miałam problemy z polskim (za długie zdania i brak znaków interpunkcyjnych mówią same za siebie).
        I akurat czytam, tylko, no, rzadko odpowiadam… Nie mam czasu na komentowanie i inne tak frywolne rozrywki. Zwłaszcza w roku szkolnym. Wybacz.
        Poza tym rzadko się odzywam. Nie jestem typem człowieka, który potrafi paplać bez sensu.

  2. Wilk zadziwiająco przypomina mi postać Kasi Bogdańskiej z ,,Panny nikt”. Nawet strój, w który przyodziałaś Wilk jest uderzająco podobny.
    Wiem, że kochasz się w tej książce – czy nie jest tak, że Kasia jest inspiracją w kreowaniu postaci Wilk?

    Swoją drogą post ciekawy. Zawsze najchętniej czytałam o Wilk, dziś nauczyciel zabrał całą moją uwagę. Pozwól, że zadam Ci pytanie – zapisywałaś jego słowa podczas zajęć, czy to odtworzenie z pamięci z dodatkiem własnych interpretacji? Chętnie cofnęłabym się do czasów liceum, aby mieć możliwość uczestniczenia w jego lekcji.

    Pozdrawiam serdecznie,
    czekam na nowy wpis 🙂

    • Półbohater

      15 czerwca 2017 at 16:40

      Czyżbym zachęciła Cię do przeczytania powieści lub obejrzenia filmu? 🙂 Nie wiem, jak w ekranizacji, ale w wersji książkowej Kasia nosiła barwne ubrania oraz długą cygańską spódnicę do kostek, którą kazał jej nosić demon w zamian za dar muzyczny. Natomiast Wilk zawsze ubiera się na czarno.

      Uwielbiam ekscentrycznych bohaterów, a Kasia Bogdańska taka była. Odznaczała się na tle normalnej, poukładanej Marysi. Mnie również relacja obu dziewczyn przypominała tę, która łączyła mnie z Wilk. Możliwe, że właśnie dlatego ,,Panna Nikt” tak przypadła mi do gustu. Myślę jednak, że to skojarzenie tylko powierzchowne – Kasia była utalentowana muzycznie, niesamowicie humorzasta i wybuchowa, a przy tym podła i fałszywa. Wilk jest skryta, chłodna, nie lubi okazywać uczuć. Obie jednak na pewno wyróżniają się na tle ogółu. Wilk nie jest dziełem inspiracji, lecz prawdziwą, istniejącą osobą. Chociaż na pewno zmienioną przez pryzmat moich wspomnień i odczuć do niej.

      Co do tekstów – czekałam na to pytanie. 🙂 Już od kilku lat prowadzę opasły segregator z zasłyszanymi cytatami i anegdotami. Stąd mam mnóstwo dawnych dialogów, które wykorzystuję swobodnie w twórczości. Przy okazji odtwarzam dane sytuacje również z pamięci.

      Będzie mi brakowało zwariowanych lekcji pana Ochtabińskiego. Słyszałam, że zamierza w tym roku zrezygnować z nauki w szkole i dołączyć do jakiejś kościelnej organizacji, ale mam nadzieję, że to tylko plotki. Akurat o tym nauczycieli krąży ich tyle, że nigdy nie wiadomo, które mają coś wspólnego z prawdą. Byłaby to ogromna strata dla tej szkoły.

      Również pozdrawiam! Miło, że tutaj wpadasz, Tulpo. 🙂

  3. Uwielbiam postac Wilk. Tak wiele ma ze mnie, ze az ciezko uwierzyc, iz mnie to fascynuje a jej osobowosc pociaga. Jestem tym zmartwiona a zarazem zaskoczona, bo łaknę Jej analiz.

  4. Świetny nauczyciel, napiszesz o nim więcej? Szkoda, że na ludzi z taką pasją nauczania można tak rzadko trafić.

  5. Świetnie piszesz. A swoje liceum wspominam tragicznie, tak jak wiele moich znajomych. 😐

  6. Ja Zwykła Matkaa Klaudia

    10 lipca 2017 at 08:51

    Wilk, na sto procent też by mnie zainteresował. Wolę ludzi skrytych, nieotwartych jak nieprzeczytana Książka. Profesor również mnie zaintrygował czuje że to ciekawa postać, jeszcze nas zadziwi. Umiesz storzyć ciekawy trochę mroczny klimat….. podoba mi się to…..

  7. Zaintrygowała mnie postać Profesora. Mało kto w dzisiejszych czasach tak rozumie pojęcie humanizmu. Jakkolwiek dokładnie to ono znaczy.

  8. Przede wszystkim niesamowicie podoba mi się twój sposób pisania. Sam styl, budowanie zdań, dobór słów. Pięknie piszesz.
    Co do tekstu. Postać profesora ciekawa bardzo, taki wręcz filmowy nauczyciel, niestety w rzeczywistości ja nikogo takiego nie spotkalam. Ale na pewno przydałby się taki w każdej szkole!
    Ja czasu liceum wspominam bardzo dobrze. Za to jeśli miałabym wrócić do gimnazjum to nasuwają mi się same źle emocje. Nienawidziła tych ludzi i pni nie pałali do mnie sympatią także. Miałam pocieszenie jedynie w pani pedagog, nauczyciele języka polskiego i dyrektorce.
    Co do postaci Wilk ciężko mi się wypowiedzieć. Mam wrażenie że jest w niej coś więcej co może być bardzo ciekawe ale w tym tekście mnie odrobinę irytowała prawdę mówiąc.

  9. Jestem pod wrażeniem Twojego pisania, pięknie operujesz słowami i wspaniale oddajesz atmosferę sytuacji 😀

  10. Czy to fragment Twojej książki? Pytam, bo jestem tu pierwszy raz, a język jest taki wyszukany, literacki. Ciekawie piszesz. Czasem też chciałabym stworzyć taką miniaturę, ale zaraz ucieka mi pomysł i wizja. Pozdrawiam i życzę sukcesów.

    • Półbohater

      12 lipca 2017 at 17:02

      Dziękuję za komplement. Piszę te miniatury z myślą, że kiedyś staną się fragmentami powieści. Możliwe, że za kilka lat już zapomnę, jak czułam się w liceum i nie będę w stanie odtworzyć wspomnień w takiej formie jak teraz. Pozdrawiam

  11. Żałuję, że nigdy nie trafiłam na takiego nauczyciela… Gdyby było inaczej może miałabym większą wiarę w ludzi i w ‚misję humanistyczny’…

  12. Intrygujące i ciekawe zarazem 🙂 Jak na taką miniaturę to całkiem wciągające i z chęcią poczekam na więcej… Pozdrawiam .

  13. Bardzo ciekawie piszesz, ja swoje lata szkolne wspominam wspaniale, a liceum bardzo szalenie (bunt)

  14. Na początku myślałam, że to opowieść znudzonej swoją szkołą dziewczyny.
    Potem, z każdym kolejnym zdaniem otwierałam coraz szerzej oczy ze zdumienia! To było genialne!

    Czekam na więcej. Dużo więcej 👍 👍 👍

  15. Intrygujące 😉

  16. Świetnie piszesz

  17. Rany, nawet nie wiesz jak się wciągnęłam. Świetnie piszesz. 🙂

  18. Naprawdę świetnie piszesz, normalnie powiedziałabym, że post za długi i można by go rozłożyć na dwa, ale Twoje pisanie tak dobrze się czyta, że nic nie zmieniaj 🙂

  19. Właśnie się rozgościłam. Dawno nie spotkałam bloga tego typu. Fajnie jest, fajnie. Piszesz po polsu! 🙂

  20. W podstawówce miałam nauczyciela z taką pasją…

  21. Też trafiłam w liceum na oosbę z pasją, która potrafiła nią zarazić. Mimo, że do tej szkoły chodziłam jak za karę, lekcję z jedną z profesorek były tym czego nie mogłam się doczekać.

  22. Bardzo interesujące. Przeczytałam z przyjemnością:)

  23. Przebrnęłam przez cały tekst i całkiem mi się podobał, choć nie jest w moim stylu. Poza tym czasy szkolne mam juz dawno za soba. Ale podziwiam, ze chcialo Ci sie tyle napisać

  24. Dobrze się czytało 🙂

  25. Bardzo ciekawie piszesz z pewnością zachecisz tym wiele osób do swojej twórczości

  26. Wciągające. Nie mogłam oderwać oczu od tekstu. Świetnie piszesz! 🙂 Ja swoje liceum wspominam całkiem pozytywnie. Małe miasteczko, tylko dwie klasy z mojego rocznika. Może czasem były ciężkie dni, jednak chętnie powtórzyłabym te trzy lata. A takiego nauczyciela z polskiego to pozazdrościć! Choć moja polonistka i wychowawczyni w jednej osobie też była fajna. 🙂

  27. Nie czytałam całości, ale ten fragment świetny 😉

  28. Cudowna miniatura, mam nadzieję, że będzie jego kolejna częśc.
    Świetne piszesz.

  29. Naprawdę ładny styl i rzadka u blogerek poprawność gramatyczno-stylistyczna – brawo! 🙂
    P.S. To mówiłam ja – pisarka 😉

  30. Chciałabym więcej. Gdzie znajdę? To fragment Twojej książki?

    • Półbohater

      25 lipca 2017 at 11:14

      Bardzo mi miło. Piszę te opowiadania z myślą, że kiedyś staną się fragmentami mojej powieści. Pozostałe wpisy na blogu mają formę opowiadań takich jak to tutaj. Zachęcam do zapoznania się z nimi.
      Jeśli wydam książkę, to na pewno będę informować o tym na fanpage’u: https://www.facebook.com/polszaleniec
      Pozdrawiam 🙂

  31. Czyta się jak naprawdę dobrą książkę. Rzadko czytuję podobne wpisy, ale muszę przyznać, że Twój przeczytałam jednym tchem, masz prawdziwy talent i lekkie pióro. Brawo!

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2017 Półbohater

Theme by Anders NorenUp ↑